Salento oraz Finca Primavera (3800 m n.p.m.), czyli nasz „Dramat w Andach”

Z Bogoty chcieliśmy się dostać do turystycznego miasta Salento. Musieliśmy podróż rozbić na 2 dni, bo chociaż odległość między miastami nie jest duża (302 km), to podróż autobusem do samej Armenii zajęła 9 h autokarem Boliviano (51 000 COP czyli 17USD) ze względu na krętą drogę w górach oraz zbędne postoje. W Armenii spędziliśmy jedną noc. Nie ma tam żadnych zabytków, ale miasto jest żywe, jest dużo sprzedawców owoców i generalnie nam się podobało.

W Armenii złapaliśmy busa do Salento (40 min, 4200 COP). Na miejscu poszliśmy do hostelu „Estrella sin Fronteras” polecanego przez dziewczyny spotkane w Mompox. Hostel ma dosyć surowe wykończenie, ale właściciel był bardzo chętny aby udzielić nam informacji o pobliskich trekkingach, co nas najbardziej interesowało.

Salento
Salento

Główną atrakcją miasteczka jest Valle de Cocora, dolina z wysokimi woskowymi palmami. Oprócz tego można iść pojeździć konno, w góry albo pozwiedzać miejscowe plantacje kawy. Region jest znany z podobno bardzo dobrej kawy.

Salento
Salento

Nasz plan był taki, aby iść w góry do parku Los Nevados. Chcieliśmy spędzić jedną noc w Fince Primaverze, czyli w takim jakby schronisku (planowany czas przejścia 10 h), a potem z namiotem pójść w rejon ciepłych źródeł (przejście 7 h)– tam spędzić kolejną noc, następnie wrócić do Primavery na trzeci nocleg (przejście 7 h) i czwartego dnia zejść do doliny (zejście 8 h) i wrócić do Salento.

Po rozmowie z właścicielem hostelu wydawało się to wszystko bardzo proste. Jednak porozmawialiśmy później z parą Kanadyjczyków, którzy mieli podobny plan jak my, ale nie udało im się go zrealizować.

Do Finci Primavery prowadzą dwie drogi. Obydwie zaczynają się w dolinie Cocory. Jedna prowadzi przez farmę Estrella de Agua, a druga przez nie istniejącą już Fincę El Bosque (parę lat temu została spalona przez rebeliantów). Kanadyjczycy kilka dni wcześniej szli ścieżką przez Estrelle de Agua i nie udało im się dojść do Finci Primavera. Dziewczyna się zawróciła i zeszła z powrotem do doliny i wróciła do Salento, a chłopak jeszcze próbował dojść do schroniska, ale zwątpił i po drodze gdzieś rozbił namiot. Mówili, że im się nie udało wejść przez straszne błoto jakie było na ścieżce.

„Błoto – błotem, ale przecież oni jeszcze po drodze zwiedzili dolinę Cocory oraz sanktuarium kolibrów, więc najwyraźniej się nie śpieszyli i dlatego nie zdążyli dojść do Primavery” – tak sobie tłumaczyliśmy ich niepowodzenie. Poza tym wydawało nam się to skrajnie nie odpowiedzialne, że się rozdzielili po drodze, więc w ogóle uznaliśmy ich za trekkingowych nowicjuszy i nie za bardzo się przejęliśmy ich historią.

Dodatkowo grali nam trochę na nerwach, bo opowiadali jak to wybrali się w podróż dookoła świata na 12 miesięcy, ale że wracają już po 8, bo im wystarczy i że „wy przynajmniej pojechaliście na 5 miesięcy, więc to też jest coś”. Spytali o nasz wiek i podsumowali to, że „jest to niesamowite, że ludzie podróżują w każdym wieku” (oni mieli po 25 lat). Opowiadali, że byli dwa tygodnie w Polsce i że jest tam tanio, a Kraków jest ładny. Ale jeszcze taniej jest na Ukrainie. W Kolumbii „pracowali” na farmie przez opcję Workaway (czyli 5h dziennie u kogoś się „pracuje” w zamian za nocleg i czasem jedzenie). Mówili, że to straszne jest jak ludzie pracują w korporacjach, są nieszczęśliwi, ale zarabiają dużo pieniędzy, które później muszę wydawać, żeby się uszczęśliwiać. Ona po tych trzech tygodniach pracy, to umie teraz wydoić krowę i zasadzić pomidory, więc może żyć po prostu z tego co sobie uprawi i wyhoduje… Nie wiem czy w Kanadzie też trzeba być rolnikiem żeby kupić sobie ziemię rolną, ile kosztuje postawienie stodoły i zakup bydła, ale może jest taniej niż u nas bo ziemi więcej, a ludzi mniej.

W ogóle w tym naszym hostelu było mnóstwo natchnionych dwudziestolatków, którzy próbowali „odnaleźć siebie w podróży”, co było strasznie irytujące i żałowaliśmy, że znamy angielski i musimy słuchać ich bełkotu (oraz „śpiewu” z gitarą).

Uznaliśmy, że przed wyjściem na Primaverę jeden dzień poświęcimy na zobaczenie doliny Cocory, sprawdzimy jakie tam są warunki i dopiero kolejnego dnia wyjdziemy w wyższe góry.

Valle de Cocora i sanktuarium kolibrów

Żeby dojechać do Valle de Cocora trzeba z rynku w Salento wsiąść w samochód Jeep „Willy”. Pierwszy odjazd jest o 6:10, potem mniej więcej kursy są co godzinę. Trzeba przyjść trochę wcześniej przed odjazdem, żeby zająć sobie miejsce. Przejazd trwa 40 minut i kosztuje 3 600 COP. Dolinę najlepiej zwiedzać w ciągu tygodnia, kiedy jest mało turystów. Byliśmy też tam w niedziele w drodze powrotnej z Primavery i było potwornie tłoczno, tak jakby pół Kolumbii się tam zjechało.

Willy
Willy

Na miejscu możemy wybrać jedną z dwóch ścieżek. Lewa ścieżka od razu prowadzi do polany z wysokimi palmami, ale za wejście trzeba zapłacić 3000 COP. Lepiej więc wybrać prawą ścieżkę, która jest dłuższa (5h) i bardziej wymagająca, ale po drodze można zwiedzić sanktuarium kolibrów. Prawa ścieżka kończy się w dolinie z palmami, tam dokąd prowadzi ścieżka lewa.

Droga przez polanę
Droga przez polanę
img_0073
W oddali wysokie palmy woskowe

Po drodze kilka razy trzeba przekroczyć rzekę.

Przez mosty należy przechodzić pojedynczo...
Przez mosty należy przechodzić pojedynczo…
Bale nad rzeką
Bale nad rzeczką
Bale zamiast mostu
Bale zamiast mostu

Można zboczyć ze ścieżki i odwiedzić sanktuarium kolibrów w Fince Acaime, gdzie za drobną opłatą (5000 COP) dostaniemy gorącą czekoladę lub agua de cana czyli wodę z trzciną cukrową (strasznie słodkie i niedobre). Popijając gorący napój oglądaliśmy kilkanaście kolibrów, które przylatywały do poidełek z wodą i z cukrem. Nam się tam bardzo podobało i choć widzieliśmy już kilka kolibrów w trakcie naszej wycieczki, nigdy nie było ich aż tyle na raz.

Kolibry w Acaime
Kolibry w Acaime
Koliber
Koliber
Kolibry piją wodę z cukrem
Kolibry piją wodę z cukrem
Te z długim ogonem są bardzo szybkie
Te z długim ogonem są bardzo szybkie

Oprócz kolibrów częstymi gośćmi Finci są zwierzaki „cusumbo”, które przychodzą tu na darmową wyżerkę.

Cosumbo
Cusumbo

Później minęliśmy Fincę Montana i dotarliśmy do doliny ze sławnymi wysokimi palmami, sięgającymi do 60 m.

Wysokie palmy
Wysokie palmy
Dolina Cocory
Dolina Cocory

Wsiedliśmy w Williego i wróciliśmy do Salento, po czym poszliśmy do naszego ulubionego comedora „Lucy”, gdzie za 7000 COP zjedliśmy dwudaniowy obiad ze świeżym sokiem z owoców.

Smażony chyba pstrąg
Smażony chyba pstrąg, pączki, platan, tortilla, fasolka szparagowa, ryż i sałata

Pierwsza przygoda w Andach – wyjście do Finci Primavery

Po spacerze w dolinie Cocory stwierdziliśmy, że warunki są dobre i nawet jak w wyższych partiach jest błoto to na pewno nie aż takie okrutne jakie było na Maderasie, więc zaczęliśmy się przygotowywać do jutrzejszego wyjścia do Finci Primavery (3800 m n.p.m.). Wszystko już mieliśmy spakowane, a z właścicielem hostelu dogadaliśmy się, że część rzeczy u niego zostawimy. Późnym wieczorem do naszego pokoju przyszedł nowy współlokator, Niemiec Wolfgang (l. 45).

Wolfgang właśnie wrócił z Finci. Był przemoczony od stóp do głów, i cały ubrudzony w błocie, ale humor mu dopisywał. Mówił, że jakby wiedział jak wygląda to wyjście, to by nie szedł. A twierdził, że ma duże doświadczenie w chodzeniu po górach i że to była jedna z jego cięższych wycieczek. Mówił, że błoto jest koszmarne, po kolana, a że jak schodził to cały czas padał deszcz.

Dwa dni wcześniej wybrał ścieżkę przez Estrella de Agua, razem z kilkoma innymi osobami. Wejście zajęło im 12h, a do Finci doszli już po ciemku. Jeden dzień zostali w Fince, a kolejnego dnia Wolfgang sam zdecydował się na zejście drogą przez El Bosque, która jest dłuższa ale jak twierdził „było tam mniej błota, więc było lepiej”. Mówił, żebyśmy tam nie szli, ale że jak już chcemy iść to że chyba lepiej iść drogą przez El Bosque…

Wolfgang trochę nas zmartwił swoją opowieścią, ale byliśmy zdecydowani żeby spróbować tam wyjść i stwierdziliśmy, że skorzystamy z jego rady i wybierzemy drogę przez El Bosque.

Wybraliśmy drogę przez El Bosque, czyli zielony szlak na mapie
Wybraliśmy drogę przez El Bosque, czyli zielony szlak na mapie

Następnego dnia o 6:10 wsiedliśmy w Williego i pojechaliśmy do doliny Cocory, gdzie rozpoczęliśmy swój trekking. Początkowo pogoda była słoneczna i dolina prezentowała się całkiem ładnie. Musieliśmy przekroczyć kilka razy rzekę, póki co wszędzie były mosty, lub bale. Robiliśmy sobie przerwy na pierwsze i drugie śniadanie. Na ścieżce spotkaliśmy krowę, a potem byka, którego się dosyć obawialiśmy, ale nie był groźny bo nie miał jednego kopyta. W południe zaczął dosyć mocno padać deszcz, ale i tak było sielankowo. Po drodze znaleźliśmy podkowę, którą do tej pory nosimy ze sobą.

O świcie mieliśmy piękną pogodę
O świcie mieliśmy piękną pogodę
Dolina Cocory
Dolina Cocory

Po 5 godzinach marszu na rozwidleniu dróg spotkaliśmy znajomych Wolfganga, którzy schodzili z Primavery. Byli cali przemarznięci i namawiali nas, żebyśmy nie szli do Primavery, tylko żebyśmy skręcili do bliższej Finci Argentina. Znowu mówili o strasznym błocie na trasie i o lodowatej rzece, którą musieli przejść po pas w wodzie. Nasza ścieżka jak do tej pory była dosyć prosta i bez dużego błota, mieliśmy jeszcze ok. 6 godzin do zmierzchu, więc kolejny raz nie posłuchaliśmy rad i dalej szliśmy do Primavery.

Tu podjęliśmy złą decyzję. Trzeba było iść do Finci Argentina
Tu podjęliśmy złą decyzję. Trzeba było iść do Finci Argentina

Aby nie przemoczyć butów, rzekę pokonaliśmy boso. Woda była lodowato zimna, ale na szczęście sięgała tylko do kolan, a nie po pas. Jednak po przekroczeniu rzeki zaczęły się problemy. Ścieżka prowadziła przez wąski wąwóz, który był wypełniony błotem którego nie dało się ominąć. Do tego padał mocny deszcz. Droga szła zygzakiem ostro pod górę i przy każdym zakręcie liczyliśmy, że wąwóz już się kończy, ale cały czas byliśmy w błędzie. Im wychodziliśmy wyżej, tym błoto było gorsze. Deszcz, zimno, wysokość i zmęczenie powodowało, że się przewracaliśmy i niemal szliśmy na czworakach.

Gdy wreszcie wyszliśmy z wąwozu, dotarliśmy na „polanę”, która okazała się jednym wielkim rozlewiskiem z kępkami trawy. O ile w wąwozie wiedzieliśmy, którędy mamy iść, o tyle teraz musieliśmy korzystać z GPSa i maps.me w telefonie. W Kolumbii szlaki są bardzo kiepsko oznaczone. Nie ma kolorów na drzewach, tylko gdzieniegdzie powbijane są drewniane pale ze wskazówkami gdzie jesteśmy, albo z kierunkiem w którym trzeba się udać.

Przez to, że polana wypełniona była wodą, musieliśmy skakać między wysepkami krzewów, żeby całkowicie nie przemoczyć butów. A sytuację pogarszała późna pora i zbliżająca się z każdą minutą noc. Od godziny 16:00 byliśmy pewni że nie uda nam się zdążyć przed zmierzchem, który zapada ok. 18:00.

Przez rozlewisko i wydeptane przez zwierzęta różne ścieżki kilka razy gubiliśmy szlak. Nie pomagało użycia mapy z GPSem. W pewnej chwili zobaczyliśmy w oddali jakiś mały znak z nadzieją, że jest to informacja z kierunkiem, oraz że bagno się kończy i już będzie lepsza droga. Znakiem okazała się być kapliczka. W tym momencie Marta zaproponowała rozbicie namiotu w jej pobliżu, aby Maryjka miała nas pod Swoją opieką. Oczywiście odrzuciliśmy ten pomysł, ponieważ najważniejsze w tej chwili było dotrzeć do suchego miejsca i napić się ciepłej herbaty, na którą na pewną mogliśmy liczyć w schronisku.

Zapadł zmrok. Po zapaleniu jednej latarki i powrocie na ścieżkę dalej pełną błota kontynuowaliśmy nasz marsz. Drugą latarkę miałem w kieszeni plecaka i nie wyciągnąłem jej z uwagi na to, że nie była wodoodporna, a chciałem ją zachować na czas kiedy deszcz przestanie wreszcie padać. (Przestał dopiero o 8:00 rano.) Apogeum zwątpienia przeżyliśmy gdy po 10 minutowym marszu okazało się że przeszliśmy 60m. GPS w moim zegarku pokazywał, że w linii prostej jest niespełna 1 km do celu. W obliczu ok. 14 km, które już przeszliśmy wydaje się to niewiele, ale dla nas wydawało się to nadzwyczaj trudne.

Już od jakiegoś czasu przestałem czuć przeszywające zimno chociaż jak teraz sprawdzam, to zegarek w tym czasie rejestrował temperaturę poniżej 14 st.C (ale temperatura zewnętrzna była o wiele niższa). Marcie cały czas było potwornie zimno. Doszliśmy do skrzyżowania i spędziliśmy tu kolejne prawie 5 minut na odnalezienie odpowiedniej ścieżki. Telefon wskazywał wtedy 20% baterii i był mocno zachlapany deszczem (miałem co prawda drugi telefon z tą mapą oraz powerbank, ale były schowane w plecaku).

Jak tak się rozglądaliśmy przy tablicach i drogowskazach zobaczyliśmy za naszymi plecami 3 snopy światła z latarek czołowych ludzi, którzy okazali się naszymi przyszłymi znajomymi.

Ich pierwsze pytanie było: „Gdzie idziecie?”. Co to za pytanie, gdzie idziemy? Nigdzie, tak sobie tu spacerujemy po nocy w deszczu na ponad 3500m n.p.m. – myśleliśmy. Oni oczywiście też szli do Primavery (tyle że prostszą trasą przez Estrelle de Agua), a że jeden z nich, Daniel nie raz tu był i znał drogę więc poszliśmy wszyscy razem. Bardzo poprawiło nam to morale i w ogóle się nie martwiłem tym, że telefon niedługo potem nagle się wyłączył.

Po kilku potknięciach i moim upadku w dziurę doszliśmy do już nie wiem którego strumienia na naszej drodze. Mieliśmy tylko jedną latarkę, więc szliśmy wolniej niż reszta. Do celu było ok 200m więc Kolumbijczycy zostawili nas w tyle co spowodowało, że znów zboczyliśmy z trasy i znowu musieliśmy przechodzić przez lodowaty strumyk. Po nawiązaniu kontaktu głosowego Daniel po nas wrócił i pokazał ścieżkę, którą powinniśmy pójść i 9 min później byliśmy już wszyscy w upragnionym miejscu, gdzie wypicie gorącej słodkiej wody z trzciny cukrowej i przebranie się w suche rzeczy było tym czego potrzebowaliśmy.

Dotarliśmy do celu o 19:23 czyli ponad godzinę po zachodzie słońca. W 13 godzin przeszliśmy 15,7 km, pokonaliśmy 1916m w górę oraz 643m w dół.

Kolejny dzień spędziliśmy na odpoczynku, grzaniu się pod śpiworami i 6 kocami, graniu w karty i lepszym poznaniu naszych nowych znajomych, którzy także zmienili plany i nie poszli 1000 metrów wyżej na wulkan, pokryty już śniegiem.

Swojskie klimaty w Primaverze
Swojskie klimaty w Primaverze

Sama Finca Primavera to mała farma, w której mieszkająca rodzina wynajmuje kilka pokoi wieloosobowych turystom. Koszt noclegu to 15000 COP, a każdy posiłek jest po 8000 COP. Za ścianą naszego pokoju było zadaszenie dla koni i świni, więc większość czasu towarzyszyły nam odgłosy chrumkania. Na zamówienie, gospodyni przygotowuje posiłki, które są całkiem smaczne. Warunki w schronisku są dosyć surowe. Teoretycznie jest tam prysznic, ale raczej nie zachęca do kąpieli. O ciepłej wodzie też nie ma mowy, o czym się przekonaliśmy jak w sobotę właścicielka kąpała swojego synka, który krzyczał z niezadowolenia jak zarzynana świnia.

Finca Primavera
Finca Primavera
Finca Primavera
Finca Primavera
Kuchnia - najcieplejsze miejsce w domu
Kuchnia – najcieplejsze miejsce w domu

Po dniu leniuchowania pod kocami, następnego ranka razem z naszymi kolumbijskimi znajomymi zaczęliśmy schodzić do doliny, tym razem właściwą drogą przez Estrelle de Agua. Buty próbowaliśmy wysuszyć przy piecu w kuchni, a rano na słońcu, ale nic to nie pomogło, więc stopy obwiązaliśmy sobie reklamówkami, które bardzo dobrze się sprawdziły. Zejście było dużo łatwiejsze tą trasą i zajęło nam niecałe 8h (dzięki za dobrą radę, Wolfgang! 🙂 )

Suszenie butów i psa
Suszenie butów
Worki foliowe na mokre buty
Worki foliowe na mokre buty
Widok z Finci
Widok z Finci
W świetle dziennym droga do Primavery wydaje się oczywista
W świetle dziennym droga do Primavery wydaje się oczywista
Nowi znajomi - Javier, Sindy i Daniel
Nowi znajomi – Javier, Sindy i Daniel

Popełniliśmy kilka błędów na tej wycieczce. Ale jak to gdzieś przeczytaliśmy „A traveller has either a good day or a good story”, czyli „Podróżnik ma dobry dzień, albo dobrą historię”.

Reklamy

3 myśli na temat “Salento oraz Finca Primavera (3800 m n.p.m.), czyli nasz „Dramat w Andach””

  1. Martusia i Andrzej, ciekawie opisujecie Waszą podóż i piękne zdjęcia można pooglądać.
    Jutro już Wigilia, więc życzę Wam wszystkiego najlepszego i szczęśliwego zakończenia Waszej fascynującej wędrówki – Basia.

    Polubienie

Zostaw komentarz/ Leave a Reply

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s