Popayan, Pasto i Ipiales, czyli w drodze do Ekwadoru

W Medellin wsiedliśmy w nocny autobus do miasta Popayan (76 000 COP, 12h). Podróż była bardzo wygodna, a każdy pasażer miał swój indywidualny ekran ze słuchawkami. O 6 rano pomagier busiarza brutalnie nas obudził i kazał wysiąść w Popayanie, chociaż było tak miło, że chętnie byśmy kontynuowali podróż aż do granicy z Ekwadorem.

Popayan

Bez problemu znaleźliśmy nocleg w hotelu u Żyda. Po szybkim ogarnięciu się, poszliśmy w miasto, które okazało się jednym wielkim centrum jedzeniowym. Zaczęliśmy ucztę od dość sytego śniadania – obowiązkowo ryż, jajecznica i tamales czyli ciasto (?) kukurydziane z boczkiem i jajkiem.

Śniadanie
Śniadanie

W ciągu dnia jedliśmy dużo mango ze straganów i wypiliśmy przepyszny sok z marakuji. Miasto nie dość, że jest ładne to dobrze karmi i podobno odbywają się tu różne konkursy i wydarzenia kulinarne.

Popayan - centrum
Popayan – centrum
Kościół w Popayan
Kościół w Popayan
Jest i nasz Papież
Jest i nasz Papież
Gorące psy (hot dogi)
Gorące psy (hot dogi)

Pasto i wulkan Azufral (3976 m n.p.m.)

Następnego dnia pojechaliśmy na południe, do miasta Pasto (25 000 COP, 6h). Trasa Popayan – granica z Ekwadorem polecana jest do pokonania w ciągu dnia, jako że podobno w nocy czasem zdarzają się tu napady na autobusy. Dlatego chcieliśmy rozbić tę podróż i zatrzymaliśmy się właśnie w Pasto. W mieście zjedliśmy pizzę (pierwszy raz od niepamiętnych czasów), co było bardzo miłą odmianą od codziennego coriente czyli „ryż plus coś”.

Pizza w barze w supermarkecie kosztowała nas majątek, ale była tego warta!
Pizza w barze w supermarkecie kosztowała nas majątek, ale była tego warta!

Kolejnego dnia pojechaliśmy na wulkan Azufral. Żeby się tam dostać trzeba złapać colectivo do miasteczka Tuquerres (8000 COP, 2h), a następnie wziąć taksówkę pod sam wulkan. Z taksówkarzem trzeba wynegocjować cenę, tym razem nie mieliśmy do tego serca i bardziej negocjowaliśmy między sobą, kto tym razem ma się targować i zgodziliśmy się pojechać za 30 000 COP w dwie strony. Z kierowcą umówiliśmy się, że odbierze nas z parku 5 godzin później (3h wejście i 2h zejście).

Wejście do parku
Wejście do parku

Miała to być pierwsza nasza wycieczka, na której mieliśmy pokonać psychiczną barierę 4000 metrów wysokości n.p.m. Sama taksówka nas wywiozła na wysokość 3700 m n.p.m., więc podejście 300 metrów w górę nie jest jakimś wielkim wyczynem. Poza tym, nieomylny zegarek Andrzeja wskazywał wysokość tylko 3976 m n.p.m., więc i tym razem nie weszliśmy powyżej 4000 m.

Droga na wulkan
Droga na wulkan
Niby jesteśmy na 4000 m n.p.m....
Niby jesteśmy na 4000 m n.p.m….
...ale zegarek Andrzeja pokazuje tylko 3976 m n.p.m.
…ale zegarek Andrzeja pokazuje tylko 3976 m n.p.m.

O wiele bardziej męczące było zejście do krateru wulkanu, w którym znajduje się jezioro oraz duże złoża siarki. Zapach siarki był tak przeszywający, że musieliśmy się szybko stamtąd ewakuować. Ale widok zielonej wody robił wrażenie.

Krater
Krater

img_0588

img_5350

Laguna Verde
Laguna Verde

Taksówkarz przyjechał po nas 15 minut po czasie, ale ważne, że przyjechał bo tak to czekał by nas 15km marsz bez obiadu.

Ipiales – granica z Ekwadorem

Następnego dnia chcieliśmy przekroczyć granicę z Ekwadorem. W tym celu pojechaliśmy do miasta Ipiales (8000 COP, 2h). Na dworcu zostawiliśmy ciężkie plecaki w przechowalni i złapaliśmy colectivo do oddalonej o 10 km katedry Las Lajas (2200 COP). Warto było zobaczyć katedrę, bo wyglądała jak z bajki, chociaż jest dosyć nowa bo z początku XX w. Katedra w sezonie jest bardzo oblegana, można to także stwierdzić po ilości publicznych toalet w jej pobliżu. Gdy my tam byliśmy to było bardzo mało ludzi.

Katedra Las Lajas
Katedra Las Lajas

img_0722

Nie warto natomiast iść do muzeum znajdującego się pod katedrą, w którym nie ma nic ciekawego oprócz zdjęcia świnki morskiej, która jest lokalnym specjałem.

El cuy - świnka morska

Po powrocie na dworzec, zjedliśmy nasze ostatnie wyjątkowo dobre coriente w Kolumbii i wsiedliśmy w colectivo, które zawiozło nas na granicę z Ekwadorem (1700 COP).

Ostatnie coriente w Kolumbii, pstrąg, ryż, sałatka, soczewica
Ostatnie coriente w Kolumbii, chyba pstrąg, ryż, frytki, platan, sałatka, soczewica

Przekraczanie granicy Kolumbia – Ekwador

Przejście przez granicę jest bardzo proste. Najpierw trzeba iść po pieczątkę wyjazdową z Kolumbii (brak opłat), a potem przejść przez most do urzędu migracyjnego Ekwadoru. Po stronie ekwadorskiej czekaliśmy na swoją kolej ponad godzinę, gdy w końcu dostaliśmy pieczątkę z pozwoleniem na pobyt do 90 dni oraz mapę kraju i instrukcję zachowania bezpieczeństwa. W ulotce m.in. jest wspomniane aby nie pić wody z kranu (co w Kolumbii było normą), używać tylko autoryzowanych taksówek z pomarańczowymi rejestracjami i przyciskiem paniki wewnątrz pojazdu etc. Przy wjeździe do Ekwadoru również nie ma opłat.

 

Most do Ekwadoru
Most do Ekwadoru

Po załatwieniu formalności wsiedliśmy w colectivo na terminal autobusowy (0,75 USD), skąd pojechaliśmy dalej do Otavalo. Zaraz po tym jak autobus ruszył zostaliśmy zatrzymani przez policję, która przeszukiwała wszystkie bagaże podręczne oraz wyrywkowo sprawdzała bagaże główne. O samym miasteczku Otavalo napiszemy w następnym poście.

Reklamy

Zostaw komentarz/ Leave a Reply

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s