Święta Bożego Narodzenia w Cordillera Blanca w Peru, czyli Trek Santa Cruz

Wigilię oraz Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy w górach, w okolicach miasta Huaraz w Peru. Było dużo deszczu, ale obyło się bez poważnych problemów no i pierwszy raz byliśmy na wysokości 4750m n.p.m.

Zaczęliśmy od wypożyczenia dodatkowego śpiwora do -15st.C (bo Marty jest za zimny na takie wysokości) oraz kuchenki gazowej wraz z garnkiem, zakupu butli i zrobienia zapasów jedzenia na 4 dni. Niepotrzebne rzeczy zostawiliśmy na przechowanie w hostelu i wyruszyliśmy na czterodniową wycieczkę.

Dzień 1. Huaraz -> Yungay -> Vaqueira -> Paria (11 km, 4 h)

Wyruszyliśmy o 5:30 w colectivo do miasta Yungay (5 PEN ok.9 zł, 1,5 h). Tam po 40min złapaliśmy busa do miasta Vaqueira (15 PEN, 2,5h), gdzie rozpoczęliśmy wycieczkę. Warto wspomnieć że po 25min w pierwszym busie przypomniało mi się, że bilety do parku, zakupione 2 dni wcześniej przy okazji wycieczki do Laguny 69, zostawiłem w drugim plecaku. Więc cała dalsza podróż do granicy Parku Huascarán przebiegła nam w atmosferze lekkiego napięcia wynikającego z konieczności poniesienia dodatkowego niepotrzebnego kosztu 40USD. Nie mogliśmy się też wrócić do domu, ponieważ najprawdopodobniej byśmy nie zdążyli na autobus o 7:00 do Vaqueira. Następny według planu jest podobno dopiero o 13:00.

Donald Trump
Donald Trump
Ścieżka do Parii
Ścieżka do Parii

Na bramie parku Marta wszystko wytłumaczyła strażnikowi, ja pokazałem zdjęcie biletów, a on odnalazł bez problemów kartkę z rejestrem wejść i nas wypuścił. Na moim zdjęciu nie było niestety numerów seryjnych tych biletów, co było potrzebne następnego dnia, ale wtedy z kolejnym strażnikiem wynegocjowaliśmy żeby wpuścił nas za 5 PEN, które potrzebował niby żeby doładować telefon. Telefon potrzebował aby skontaktować się z budką strażniczą przy wejściu do Parku, żeby ustalić numer naszych biletów. Zwykle zrobiłby to przez radio, ale ze względu na złą pogodę nie było łączności. Myślimy, że i tak pewnie nie dzwonił do drugiego strażnika, ale cieszyliśmy się, że musieliśmy zapłacić jedynie 5 PEN, a nie 120 PEN za nowe bilety.

W pierwszy dzień chodziliśmy w deszczu po dość równym terenie, a dobrą polanę na rozbicie namiotu znaleźliśmy ok. 15:00. Był to kemping Paria znajdujący się na wysokości 3870 m n.p.m. Jest to ładna polana z potokiem, z którego czerpaliśmy wodę do gotowania oraz do picia (po przegotowaniu).  Po rozbiciu namiotu niebo się przejaśniło i na chwilę zrobiło się na tyle ciepło, że zdołaliśmy się nawet prowizorycznie umyć w potoku. Mimo lodowatej wody, był to dobry pomysł, bo przez kolejne dwa dni już nie było takiej okazji.

Kemping Paria
Kemping Paria
Polana na kempingu
Polana na kempingu
Nasz namiot
Nasz namiot

Oprócz nas na kempingu był jedynie miły Argentyńczyk, który szedł w przeciwną stronę i następnego dnia kończył swoją wycieczkę. Powiedział nam, że przed najwyższym punktem na trasie nie ma już raczej dobrego miejsca do spania i że lepiej zostać tutaj. Co ciekawe miał on taki sam namiot jak my – Quechua QuickHiker UltraLight i jak mu o tym powiedziałem, zapytał czy nie jest za bardzo ciasno w dwie osoby. Nie jest, gdy trzymamy plecaki w przedsionku, w przeciwnym razie jest bardzo ciasno. Zapytałem też o psa, który mu towarzyszył. Przyplątał się do niego 4 dni wcześniej i tak już z nim szedł przez całą trasę. Dawał mu jedzenie, a piesek był bardzo wierny i nie odstępował go na krok nawet, gdy Argentyńczyk musiał iść za potrzebą do lasu. Ciekawe co z nim zrobił następnego dnia kiedy skończył wycieczkę i musiał wsiąść do busa. Pewnie czekało ich smutne pożegnanie.

Robię obiad
Robię obiad

Noc minęła nam spokojnie, a dość ciekawskie osły nie przeszkadzały bardzo.

Osły na kempingu Paria
Osły na kempingu Paria

Dzień 2. Paria -> Punta Union -> Taullipampa (12 km, 7,5h)

Drugiego dnia obudziliśmy się o 5:00. Po ciepłym śniadaniu (owsianka) i złożeniu namiotu rozpoczęliśmy najtrudniejszy marsz – z wysokości 3870 m n.p.m. musieliśmy przejść przez najwyższy punkt na trasie na wysokość 4750 m n.pm. Zaczęło akurat niestety mocno padać, co nie było zbyt przyjemne i początek dnia zaczęliśmy od soczystych przekleństw. Na szczęście po dwóch godzinach pogoda się poprawiła. Widoczność była dobra, więc bez większych problemów szliśmy po szlaku. Do przełęczy Punta Union (4750 m n.p.m.) dotarliśmy w bardzo dobrych humorach, mimo tego, że droga była bardzo męcząca.

W tle widoczny jest przesmyk Punta Union
W tle widoczny jest przesmyk Punta Union
Punta Union (4750 m n.pm.) - nasz nowy rekord!
Punta Union (4750 m n.pm.) – nasz nowy rekord!

Planowaliśmy sobie zrobić przerwę na jedzenie na szczycie, jednak po chwili odpoczynku wysokość zaczęła nam dawać się we znaki. Zaczęła nas bardzo boleć głowa, a Martę również zaczęło mdlić, więc szybko rozpoczęliśmy zejście w dół. Ścieżka była z góry widoczna, ale Marta zapatrzyła się na leżące poza ścieżką szczątki zwierząt i zboczyliśmy z trasy. Ja z kolei głupio zaufałem swojemu zegarkowi, który akurat tego dnia mylnie pokazywał nam kierunek powrotny w stronę Punta Union i zacząłem nas źle prowadzić z powrotem na grań (przy powiększeniu mapy powyżej dobrze to widać). Było to dziwne zamieszanie, ale w końcu wróciliśmy na dość oczywistą ścieżkę i zaczęliśmy schodzić w dół. Droga była dobrze oznaczona, a z każdym krokiem zmniejszała się wysokość i czuliśmy się dużo lepiej. Do pola namiotowego dotarliśmy ok. 15:00 i mieliśmy dużo czasu na wysuszenie rzeczy, obiad i zrobienie zdjęć. Super dzień!

Szybka pozowana fotka
Szybka pozowana fotka…
...a naprawde było tak.
…a w rzeczywistości było tak.
Droga w dół
Droga w dół
Kemping Taullipampa - widok z góry
Kemping Taullipampa – widok z góry
Kemping Taullipampa i Nevada Santa Cruz w tle
Kemping Taullipampa i Nevada Santa Cruz w tle
Nasz namiot na Taullipampie
Nasz namiot na Taullipampie
Namiot i krowa
Namiot i krowa

Dzień 3. Taullipampa -> Arhuaycocha -> Llamaccoral (22 km, 8 h)

Trzeciego dnia mieliśmy iść prawie cały czas z górki, więc pozwoliliśmy sobie na odbicie na szlak prowadzący w prawo i zobaczenie Laguny Arhuaycocha. Ze wzgórza widzieliśmy dawny kemping, który kiedyś był zieloną polaną, ale po lawinie błotnej, która zeszła w 2012 roku, polana zamieniła się w pustynie.

Krajobraz po zejściu lawiny błotnej
Krajobraz po zejściu lawiny błotnej

W połowie doliny prowadzącej do laguny, zdecydowaliśmy się zostawić całe bagaże w lesie w nadziei, że nikt nam ich nie weźmie jak będziemy wracać – była to bardzo dobra decyzja, bo ścieżka pod koniec prowadziła ostro w górę.

W drodze do jeziora znajduje się baza wypadowa do zdobycia szczytów Alpamayo (5 947 m n.p.m.) i Quitaraju (6 040 m n.p.m.).  Jest to trochę lepiej zorganizowany kemping i wygląda bardzo zachęcająco by tam zrobić obozowisko. Na jednej ze skał jest memoriał poświęcony alpinistom, którzy zginęli na górze Alpamayo.

Skała z tabliczkami pamiątkowymi
Skała z tabliczkami pamiątkowymi u stóp Alpamayo

Gdzieś znad Laguny Arhuaycocha podobno widać górę Artesonraju, która mogła być natchnieniem do zrobienia logo Paramount Pictures. Niektórzy błędnie uważają, że raczej chodzi o górę Alpamayo. W każdym razie nam się nie udało sprawdzić jak rzeczywiście góra wygląda, bo powyżej linii śniegu już były chmury. Laguna za to prezentowała się bardzo ładnie.

Laguna
Laguna Arhuaycocha

W drodze powrotnej po wyciągnięciu plecaków z lasu spotkaliśmy naszego kolegę Tajwańczyka Davida, którego poznaliśmy w czasie rejsu Panama-Kolumbia. Było to niesamowite spotkanie, ponieważ od dwóch miesięcy nie mieliśmy ze sobą kontaktu. David jak zwykle był obwieszony swoim sprzętem fotograficznym i był chyba jeszcze bardziej opalony niż jak go ostatnio widzieliśmy. Co ciekawe kończy studia lekarskie, a prawie w ogóle nie używa kremu do opalania. Umówiliśmy się, że może też przypadkiem zobaczymy się w Cuzco, bo chyba udało mu się kupić na jakimś last minute miejsce na trek Inca Trail do Machu Picchu. My z kolei planowaliśmy przejść trek Salkantay.

Andrzej, David, Marta
Andrzej, David, Marta

Żeby dojść do kempingu Llamaccoral musieliśmy wrócić do wąwozu z lawiną i przejść kilka kilometrów po piasku.

Wąwóz z lawiną błotną prowadzi do kolejnego kempingu
Wąwóz z lawiną błotną prowadzi do kolejnego kempingu
Klimat zrobił się pustynny
Klimat na jakiś czas zrobił się pustynny
Dalej dolina zrobiła się bagnista i widzieliśmy na niej dużo szczątek zwierząt
Dalej dolina zrobiła się bagnista i widzieliśmy na niej dużo szczątek zwierząt – ulubiony temat Marty

W końcu dotarliśmy na kemping Llamaccoral (3 760 m n.p.m.), który nam się najmniej podobał.

Kemping Llamaccoral
Kemping Llamaccoral
Nasz namiot
Nasz namiot

Dzień 4. Llamaccoral -> Cashapampa (10,8 km, 3h) -> Caraz -> Huaraz

W ostatni dzień przeszliśmy do wioski Cashapampa, co zajęło nam jedynie 3 h. Stamtąd wsiedliśmy w colectivo, które zawiozło nas do miasteczka Caraz (10 PEN, 1,5h), gdzie się przesiedliśmy w busa do Huaraz (6 PEN, 2h).

img_2739
Droga do Cashapampy

My zrobiliśmy całą trasę na własną rękę, bez przewodnika, osłów, a innych ludzi spotkaliśmy tylko niezwykle rzadko. Ścieżka jest wydeptana, więc raczej ciężko się zgubić przy dobrej widoczności, a sprawny GPS i zaplanowane kempingi ułatwiają sprawę. Na polach namiotowych zawsze jest strumyk, więc jest skąd czerpać wodę. My zwykle wodę gotowaliśmy, ale w ostatni dzień skończył nam się gaz i skorzystaliśmy z tabletek uzdatniających. Woda po tabletkach smakuje chlorem.

Większość spotkanych osób szła w przeciwnym kierunku (Cashapampa -> Vaqueira), przez co kempingi i trasę mieliśmy w zasadzie tylko dla siebie. Plecaki były bardzo ciężkie, a niektórzy z napotkanych przez nas uczestników ze zorganizowanych wycieczek bardzo nam współczuli. Kosztowało nas to zaledwie 75 USD na dwie osoby, a nie 100 USD od osoby, bo tyle trzeba zapłacić w biurze. Poza tym poszliśmy trasą w kierunku, w którym chcieliśmy i doświadczyliśmy prawdziwego biwakowania, wraz z rozbijaniem namiotu, gotowaniem, szukaniem trasy itp., co nie zawsze jest możliwe podczas wycieczki zorganizowanej. Bardzo jesteśmy zadowoleni, że poszliśmy tam na własną rękę. Trasę zrobiliśmy w cztery dni (3 noclegi), ale da się ją przejść również w trzy dni.

Serdecznie polecamy archipelag Cordillera Blanca i Trek Santa Cruz w Peru.

Reklamy

2 myśli na temat “Święta Bożego Narodzenia w Cordillera Blanca w Peru, czyli Trek Santa Cruz”

Zostaw komentarz/ Leave a Reply

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s