Lima i Cusco

Po udanym pobycie w górskim miasteczku Huaraz, chcieliśmy się przedostać na południe Peru, do miasta Cusco, które jest świetną bazą wypadową na kolejne wyjścia w Andy. Rozważaliśmy przejazd przez górzystą część kraju i zwiedzenie mniejszych miejscowości, ale z naszych obliczeń wynikało, że musielibyśmy poświęcić na samą podróż 3-5 dni. Zdecydowaliśmy się więc pojechać standardową trasą z przesiadką w Limie.

Standard autokarów w Peru jest dosyć wysoki. Autobusy na ogół są dwupoziomowe, z rozkładanymi fotelami z podnóżkami. Obowiązkowo na pokładzie jest steward, który czasem serwuje przekąski i gorący posiłek. Problem z tą formą podróżowania jest taki, że w miastach na ogół nie ma jednego centralnego dworca, tylko każda z firm autobusowych posiada swój własny dworzec (parking), które często są rozproszone po mieście. Nie ma też miejsca, które by zbierało i udzielało informacji na temat cen i czasów odjazdów autobusów z poszczególnych firm. Dlatego zwykle na dzień przed podróżą, musieliśmy poświęcić popołudnie na chodzenie od jednego przewoźnika do drugiego w celu znalezienia najlepszej oferty. W Peru raczej nie negocjuje się cen przejazdów, więc było to mało ciekawe zajęcie.

Z Huarazu pojechaliśmy do Limy nocnym autobusem firmy Movil (8h, 65 PEN). W Huarazie kupiliśmy też bilet przesiadkowy z Limy do Cusco, gdyż nie chcieliśmy się zatrzymywać w kolejnej ogromnej stolicy. Trochę żałowaliśmy swojej decyzji, bo w mieście spędziliśmy zaledwie kilka godzin, a naprawdę nam się spodobało.

W Limie zostawiliśmy bagaże w przechowalni na dworcu i pojechaliśmy do nadmorskiej dzielnicy – Miraflores. Jest to chyba jedna z bogatszych i bardziej zadbanych dzielnic miasta. Posiedzieliśmy chwilę na deptaku z widokiem na ocean, a potem udaliśmy się w poszukiwaniu dobrych opcji jedzeniowych. Niestety ceny tu były 3-4 razy wyższe od tych w innych miastach Peru. Pewnie w biedniejszych częściach Limy, jedzenie byłoby lepsze i tańsze. Przekonamy się następnym razem.

Lima
Graffiti
Wybrzeże w Miraflores
Inca Kola – słodka orenżada peruwiańska, produkowana przez Coca-Cole
Peru Nachos – nachosy z czarnej kukurydzy

O 14:00 tego samego dnia wsiedliśmy w autobus do Cusco (21 h, 115 PEN). Drugą noc z rzędu spędziliśmy w autokarze. Nie było źle, ale bardzo się cieszyliśmy, gdy już dojechaliśmy na miejsce i mieliśmy perspektywę wzięcia prysznica. Dworzec znajduje się ok. 3-4 km od centrum, my ten dystans pokonywaliśmy pieszo. O czym warto pamiętać, będąc na dworcu w Peru to jest to, że oprócz biletu na autobus trzeba kupić bilet wstępu na terminal. Na ogół ustawia się dość długa kolejka po takie bilety, więc lepiej je kupić wcześniej niż na 5 minut przed odjazdem autobusu, kiedy to kontroler biletów nie chce nas wpuścić na płytę, a nam się śpieszy.

Na dworcu w Cusco, byliśmy kilka razy. Raz czekając na nocny autobus do Puno, zaobserwowaliśmy pana, który zaczepiał rozmową oczekujących pasażerów. Zaczepił też w końcu Andrzeja. Andrzej domyślając się, jakie pan miał intencję, nie miał ochoty na rozmowę o Jehowie, więc powiedział, że nie rozumie nic po hiszpańsku ani po angielsku. Gdy mu powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski,  zaczął szukać czegoś w swojej aktówce i po kilku minutach wyciągnął broszurkę o Jehowie w języku polskim (!). Andrzej więc skrupulatnie musiał ją przeczytać.

W Cusco byliśmy 29. grudnia, a więc w okolicach sylwestra, lecz mimo to nie zarezerwowaliśmy sobie wcześniej noclegu. Przez to w pierwszy dzień trafiliśmy do strasznej dziury, która kosztowała nas aż 70 PEN, ale na kolejne dni przenieśliśmy się do innego hostelu, który był już trochę tańszy. Generalnie w Cusco ceny noclegów były dużo wyższe niż gdzie indziej w Peru, natomiast menu del dia, czyli obiad dnia można było znaleźć w normalnych cenach (5 PEN).

Cusco początkowo niezbyt przypadło nam do gustu, ponieważ na każdej większej ulicy byliśmy zaczepiani – „Mister, massage?”, „Lady, massage? 20 soles”, „Foto con llama?”, „Machu Picchu trip?”, „Special price for you, my friend.”. Do tego było zimno i często padał deszcz. A jak padał deszcz, to ulice zamieniały się w rwące potoki. Jednak gdy się uodporniliśmy na zaczepiających nas sprzedawców i usługodawców, i kupiliśmy sobie spodnie i peleryny przeciwdeszczowe dostrzegliśmy uroki miasta – ładną starówkę, wąskie uliczki, targowiska i dobre opcje jedzeniowe.

Okolice dworca
Ulica w Cusco
Na targu było mnóstwo budek z żółtymi majtkami. Innych kolorów raczej nie było. Na zdjęciu również widać żółty arbuz.

W Cusco można się bardzo dobrze zaopatrzyć w regionalne rzemiosła (szaliki i swetry z alpaki, obrusy, etc). Wybór był ogromny, a ceny bardzo okazyjne. W mieście można też zjeść mięso z alpaki oraz ze świnek morskich, ale my nie spróbowaliśmy.

Karkówka

Chcieliśmy zwiedzić muzeum ziemniaka, ale ku naszemu rozczarowaniu zostało zamknięte kilka lat temu. Byliśmy natomiast w muzeum czekolady, które było dość ciekawe, ale na pewno nie aż tak jak muzeum ziemniaka.

Procesja
Kościół
Cusco nocą

Naszym zdaniem warto zwiedzić zarówno Limę, jak i Cusco. W Cusco jest mnóstwo turystów i jest się traktowanym jak chodzący portfel z pieniędzmi, ale pomijając to, miasto jest ciekawe i warto tu zostać kilka dni, również po to, żeby przyzwyczaić organizm do wysokości, jeżeli planuje się wyjście w góry.

W następnym poście opiszemy czterodniowy trekking do Machu Picchu – Salkantay Trek.

Reklamy

Zostaw komentarz/ Leave a Reply

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s