Machu Picchu i trek Salkantay

Do Zaginionego Miasta Inków można się dostać na kilka sposobów. Najpierw trzeba dojechać do pobliskiej wioski Aguas Calientes, zwanej też Machu Picchu Pueblo. Można tam dostać się np. pociągiem z Cusco (150 USD – jest to najdroższa linia kolejowa na świecie), kombinacją – busem do wioski Hidroelectrica a stamtąd  pociągiem, a także busem do Hidroelectrici i potem pieszo wzdłuż torów. Do wioski Aguas Callientes nie prowadzi żadna droga dla samochodów, więc dotarcie tam zawsze jest związane z podróżą pociągiem albo na piechotę.

Można też wybrać któryś z kilkudniowych treków, w tym ten najbardziej znany – Inca Trail. Inca Trail kosztuje ok. 500 USD od osoby za 3 dni chodzenia, dodatkowo trzeba podobno rezerwować miejsce na kilka miesięcy przed planowanym wyjściem, ponieważ istnieje ograniczenie, mówiące że na trasie może znajdować się maksymalnie 500 osób. Chociaż naszemu koledze z Tajwanu, którego spotkaliśmy na treku Santa Cruz, udało się znaleźć miejsce na kilka dni przed wyjściem.

My wybraliśmy Salkantay Trek, ponieważ można go było przejść bez przewodnika i podobno jest zaliczany do pierwszych 25 najlepszych trekkingów według National Geographic.

Salkantay Trek – czyli droga do Machu Picchu

Dzień przed trekkingiem zrobiliśmy zapasy jedzeniowe (zupki chińskie, kilka puszek tuńczyka, płatki owsiane, chleby i dużo przekąsek energetycznych) oraz wypożyczyliśmy potrzebny sprzęt: gruby śpiwór (6 PEN/dzień) i kuchenkę (3 PEN/dzień). Kupiliśmy też większą butlę gazową (450g, 40 PEN czyli 55zł) od tej z naszego świątecznego treku Santa Cruz. Wgrałem mapy do mojego zegarka Suunto Ambit 2 i podkleiliśmy nasze już dość mocno sfatygowane peleryny.

Dzień 1. Cusco -> Limatambo -> Mollepata -> Cruzpata -> Soraypampa -> Polana z kamieniami (19 km, 7h marszu)

Dzień wyjazdu zaczęliśmy od wczesnej pobudki i busa o 5:30 do miasta Mollepata z ulicy Arcopata w Cusco. Bus za 20 PEN okazał się być z przesiadką w Limatambo, ale za dodatkowe 30 PEN/2os kierowca po negocjacjach przewiózł nas do wioski (a raczej pod krzyż na drodze, bo żadnych tam domów nie było) Cruzpata, gdzie rozpoczęliśmy naszą pielgrzymkę do Zaginionego Miasta Inków. I tu warto wspomnieć o tym, że prawdopodobny okres powstania miasta to ok. 1400 r n.e., więc wcale nie jest ono takie znowu stare. Ile lat mają np. Chęciny?

Droga z Cruzpaty
Soraypampa
Soraypampa
Soraypampa

Pierwsze kilka kilometrów przeszliśmy utwardzoną drogą, która podobno w porze suchej jest pełna kurzu. Po wejściu na szlak ścieżka była przyjemniejsza i prowadziła wzdłuż sztucznego strumienia. Minąwszy zorganizowany kemping w Soraypampie w strugach deszczu dotarliśmy do dość pochyłej polany usłanej kamieniami, gdzie spędziliśmy pierwszą noc, była to wysokość 4200m n.p.m. Ok 300m wyżej (1h drogi) był kemping Salkantaypampa z lepszym miejscem do nocowania, ale nie mieliśmy już siły iść wyżej, szczególnie, że zaczęło się nam robić bardzo zimno. Rozbiliśmy się niedaleko znaku, który informował, że kempingować można w tylko przeznaczonych do tego miejscach, a to nie było takie miejsce. Marta spytała przechodzącego pasterza czy możemy tu przenocować, on odpowiedział, że oczywiście i że możemy „tu się rozbić, albo tam możemy, gdzie tylko chcemy”. W nocy nie padało dużo, ale było bardzo zimno. Wypożyczony śpiwór North Face podobno był do -15 stopni C, ale była to nieprawda, bo nie zapewnił nam komfortu.

Polana z kamieniami
Nasz namiot na polanie z kamieniami

Dzień 2. Polana z kamieniami -> Salkantaypampa -> Przełęcz Salkantay -> Huairapampa -> Chulay -> Collipapampa (18,5 km, 8 h)

Po niezbyt wygodnej i bardzo zimnej nocy sylwestrowej, w Nowy Rok mieliśmy do przejścia dwie godziny do przełęczy na wysokość 4650 m n.p.m. Ze względu na wysokość szło nam się dosyć ciężko, ale byli inni co mieli trochę lżej.

Nie mam nic przeciwko osobom, które nie lubią lub nie mogą dużo chodzić, szczególnie pod górę, ale ta parka chyba trochę przesadza. Jeżeli zdjęcia które robią, publikują zaraz na portalach społecznościowych z podpisem typu „O jesteśmy na szczycie” to jest to moim zdaniem słabe. Koniom i osłom też bardzo współczuliśmy. Jeździec jak się dowiedzieliśmy jest z Limy i zrobił nam ładne zdjęcie.

Przełęcz Salkantay 4630 m n.p.m.
Za chmurami góra Salkantay (6 271 m n.p.m.)
Zejście z przełęczy
Andy

Za szczytem było kilka bardziej zorganizowanych miejsc na rozbicie namiotu, ale nam udało się dojść aż do Chulay, a nawet dalej, do Collipapampy, gdzie w pełnym słońcu rozbiliśmy się u babuszki na podwórku (za 5 PEN/miejsce) i napiliśmy się zasłużonego piwa 1,1 litra (12 PEN, ok.15zł). Porozmawialiśmy z babuszką, która cały czas zajadała się liśćmi koki. Po chwili skończyły nam się tematy do rozmów, więc wspólnie siedzieliśmy obserwując wioskę i komentując to co widzieliśmy – „o idzie koń”, „ktoś jedzie na motorze” etc. Po ok. 30 min. wybawił nas deszcz, więc schowaliśmy się w namiocie i spaliśmy jak zabici.

Na podwórku u babuszki

Dzień 3. Collipapampa -> Playa -> Sahuayaco ->  llactapata (27 km, 8h)

Trzeci dzień zapowiadał się na bardzo deszczowy i przez pierwsze 12 km taki był, potem, z małymi przerwami było słonecznie. Ścieżka wiodła wzdłuż lewego brzegu rzeki, ale z uwagi na ciężkie warunki i osuwającą się ziemię wybraliśmy prawy brzeg z ubitą drogą. Przejście drogą też nie było do końca bezpieczne, ponieważ ze skarpy ciągle spadały kamienie. Co jakiś czas nad rzeką, która znajdowała się mniej więcej 50 m niżej, zawieszona była lina z małym wagonikiem, służącym do przedostania się na drugi brzeg. Nie skorzystaliśmy.

Wagonik

Po minięciu niezbyt ciekawego miasta Playa, w którym jest kilka kempingów, ale np. 2,5l woda kosztuje 8 PEN musieliśmy się wspiąć 800 m w górę. Początkowo trasa prowadzi po „Inca stairs”, czyli schodach. Potem szliśmy przez różne plantacje kawy, na których można rozbić namiot, a na końcu przedzieraliśmy się przez las. W lesie dopadł nas kryzys, ponieważ kończyła nam się woda, a nie wiedzieliśmy na pewno czy uda nam się znaleźć jakieś źródło. Niedaleko przed szczytem był strumień, więc uzupełniliśmy zapasy. Na szczycie jest odkrywka archeologiczna Llactapata a 20min dalej (a nie 10 jak mówi napis) znajduje się najładniejszy kemping (też Llactapata) na jakim byliśmy, z gorącym prysznicem oraz przepięknym widokiem m.in. na Machu Picchu.

Widok na Machu Picchu z kempingu Llactapata
Llactapata
Llactapata

Dzień 4. Llactapata -> Hidroelectrica -> Aguas Calientes

Czwarty dzień to już tylko dwugodzinne zejście do Hidroelectrici i niezbyt dobry obiad za 10 PEN, a potem 8 km marszu wzdłuż torów do miasta Aguas Calientes (lub inaczej Machu Picchu Pueblo). Przejście po torach było dosyć monotonne i męczące, ponieważ jak zwykle towarzyszył nam deszcz i niezbyt wygodnie się idzie przez dwie godziny po torach kolejowych. Na trasie od czasu do czasu jeżdżą pociągi, więc trzeba uważać.

Tory z Hidroelectrici do Aguas Calientes
Pociąg

W Aguas Calientes zatrzymaliśmy się na Campingu Municipal koło stacji kolejowej i mostu na drodze do Zaginionego Miasta. Koszt to 15 PEN/ namiot/dzień. Niestety bez ciepłej wody i generalnie w niezbyt czystym otoczeniu (mając na myśli sam kemping oraz współmieszkańców). Jednak i tak był to najlepszy wybór, ponieważ Aguas Calientes jest potwornie drogą wioską i do tego brzydką i osaczoną przez turystów, a przez to również przez natarczywych naganiaczy.

Camping Municipal

Po południu poszliśmy do centrum, żeby kupić bilety wejścia do Machu Picchu na następny dzień. Biletów nie można kupić bezpośrednio na bramie miasta Inków, tylko trzeba je kupić wcześniej np. w kasie w ratuszu Aguas Calientes. Bilety kosztowały aż 152 PEN czyli 50USD/os i to jest zwykła opcja bez wejść dodatkowych na góry w mieście. My byliśmy w styczniu, więc poza sezonem i nie było potrzeby kupowania z większym wyprzedzeniem niż 1 dzień. Za trudy przejścia treku Salkantay, w nagrodę poszliśmy na pizze oferowaną przez Panią naganiającą proponującą ok. 5% zniżki („special price for us”) oraz piwo Pilsner w ulubionym rozmiarze 1,1 litra za 15 PEN. Marta czytała wcześniej, że czasem rachunki w restauracjach są zwykle powiększone o „servicio” lub „podatek”. Tak właśnie stało się tym razem, ale piwko i nasza coraz lepsza znajomość hiszpańskiego pozwoliły wynegocjować obniżkę do umownej wcześniej kwoty 45 PEN.

Dzień 5. Machu Picchu

Dzień 5 rozpoczęliśmy od pobudki o 5:00 i wstania 30 min. później z uwagi na deszcz. Machu Picchu jest na wysokości 2450m (czyli 450m wyżej niż nasz kemping). Żeby dostać się do miasta można albo wejść po schodach albo wyjechać autobusem za 40USD/os. My weszliśmy po schodach, co zajęło nam mniej niż godzinę. Przez bramki nie można wnosić jedzenia i plastikowych opakowań, ale raczej nikt się tym nie przejmuje. Po szybkim śniadaniu, o 7:00 było już tam sporo ludzi. Zrobiliśmy kilka zdjęć i poszliśmy zobaczyć Most Inków i wtedy naprawdę zaczęło padać. Miasto zwiedziliśmy w deszczu, ale mieliśmy peleryny (jeszcze z Polski). Niezbyt fotogeniczne, ale dwa dni później kupiliśmy lepsze, za 20 PEN/szt.

Stylowa peleryna w mieście Inków
Machu Picchu
Wszyscy robili sobie zdjęcia jak patrzą na MP, więc my też mamy taką serie

Machu Picchu trochę nas rozczarowało. Na pewno warto je zobaczyć, ale nie jest to naszym zdaniem atrakcja numer jeden w Peru.

Dzień 6. Aguas Calientes -> Cusco

Powrót do Cusco było trochę bardziej problematyczny. Mieliśmy w planie wrócić 30km po torach do miasta Ollantaytambo, ale z uwagi na padający deszcz prawie cały poprzedni dzień, postanowiliśmy wrócić do Hidroelectrici pieszo i stamtąd wziąć colectivo do Santa Maria (15 PEN, 1,5h). Z napotkaną parką z Urugwaju, która była nieziemsko przystojna, zjedliśmy pyszny obiad (6 PEN) i już większym busem wróciliśmy do Cusco (45 Sol/2os 4,5h). Alternatywny pociąg był przynajmniej 2 razy droższy.

Uważamy, że jeśli ktoś przyjeżdża do Peru na 2 tygodnie to jest o wiele więcej ciekawych miejsc do zobaczenia. Machu Picchu wydało nam się bardzo komercyjne i drogie, miasto Aguas Calientes także, a o pociągu to już nie wspomnę (chociaż nim nie jechaliśmy). Dojazd jest też dość utrudniony i ciężko oprzeć się wrażeniu, że władzom i właścicielom odpowiada aktualny status quo, bo mogą zarabiać jeszcze więcej. Wydatki rekompensują widoki, ale żeby tu przyjechać drugi raz to raczej byśmy się nie zdecydowali.

Reklamy

Zostaw komentarz/ Leave a Reply

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s